Sport to nie zawsze zdrowie

Sport to zdrowie. Każdy z nas zna ten slogan do znudzenia. Moim zdaniem, aby teza ta była prawdziwa, należy do niej dodać drugi człon: pod warunkiem, że jest on dostosowany do naszych możliwości, budowy naszego ciała, wieku, wagi i dotychczasowego stylu życia – co wiąże się również lub przede wszystkim ze sposobem odżywiania.

Nie możesz zmienić przeszłości, ale możesz zmienić jutro,

dzięki działaniom, które podejmiesz dzisiaj. (Ewa Foley)

SPORT Z DOŚWIADCZENIA

Nie mówię tego czysto teoretycznie. Poznałam sport do bólu. Jeszcze, jako dziecko i dorastająca dziewczyna, uprawiałam zawodniczo narciarstwo alpejskie. Sport wyczynowy związany jest z przekraczaniem każdego dnia siebie i to zarówno na płaszczyźnie psychologicznej – zmagania się z własnymi słabościami, walką z niewiarą w siebie oraz fizycznym aspektem – bólem mięśni, stawów, tętnic kiedy dochodzi się do granic wydolności ciała. Moja kariera zakończyła się dosyć szybko, bo w wieku 13 lat – zanikiem mięśni czworogłowych w obu nogach z równoczesnym odrywaniem się ich przyczepów od kości. Zabawny paradoks. Zanik największych mięśni w nogach u narciarki. Wtedy za główną przyczynę uznano szybki wzrost, dorastanie, przetrenowanie.

Teraz wiem, że był też inny – główny winowajca. Długotrwałe zakwaszenie, czyli zaburzona gospodarka kwasowo-zasadowa. Podstępny, bardzo konsekwentny, cichy zabójca związany z niedożywieniem, wywołujący zakłócenia metaboliczne. I nie należy wiązać niedożywienia z tym, że chodziłam głodna, tylko z tym, że jedzenie nie dostarczało wszystkich potrzebnych wartości odżywczych i nie niwelowało w wystarczający sposób długotrwałego nadmiaru kwasu mlekowego, który tworzy się w czasie nadmiernego wysiłku fizycznego.

To było w głębokich czasach osiemdziesiątych, w okresie kryzysu, kiedy sklepy świeciły pustkami, a cukier był na kartki. Nikomu wówczas nie śniło się o suplementacji. Jadło się to, co było. Szczęśliwie żywność miała wówczas około 30% więcej witamin i składników odżywczych niż ma teraz. Mleko kupowało się w szklanych butelkach, które jak postało dłużej w ciepłym miejscu, piło się jako kwaśne. Nie było przemysłowego przetwarzania żywności na skalę jaką mamy teraz. Paradoksalnie mogłoby się okazać, że obecnie moja kariera sportowca przy braku suplementacji i na bazie powszechnego, współczesnego żywienia, zakończyłaby się jeszcze szybciej. Kto wie. Na studiach zrobiłam uprawnienia instruktorskie, ale nie zajmuję się tym zawodowo. Teraz jestem ryczącą czterdziestką, która musi nadążyć i nie dać się zdominować trzylatce. Tyle o moich doświadczeniach.

UMIAR I ROZWAGA PRZEDE WSZYSTKIM

Zgodnie z moją holistyczną filozofią życia, do wszystkiego należy podchodzić z umiarem i rozwagą. Do aktywności fizycznej również. Ruch jest niezwykle potrzebny, utrzymuje nas przy życiu. Nasze serce bije, krew krąży w naszych żyłach, zatrzymanie oznacza śmierć. Gdyby przestał się poruszać choćby jeden atom w całym wszechświecie, doszłoby do totalnej katastrofy na skalę niewyobrażalną.

W naszej skali, każdy aspekt życia wymaga aktywności, ciągłego zaangażowania. Pasywność spycha nas na margines. Sport amatorski, może i często też wiąże się z przekraczaniem dotychczasowych granic wydolności, umiejętności i wiary we własne siły. Wszystko zależy od nas i od tego jak wysoko ustawimy sobie poprzeczkę oraz jaką drogę obierzemy.

JAK ZACZĄĆ, ABY NIE ZROBIĆ SOBIE KRZYWDY?

Nie ma jednej dobrej odpowiedzi, bo każdy z nas jest inny. Na pewno musimy określić cel. Aby nadać mu realny kształt trzeba się zastanowić, jak można go osiągnąć. Warto skonsultować się z profesjonalistą. Zorientować się, co jest nam do tego potrzebne. Zrobić przegląd możliwości. Możemy szukać w najbliższej okolicy albo w internecie. Możemy przeszukać zakamarki naszej pamięci. Powrócić, do tego o czym marzyliśmy kiedyś, ale brakło czasu, pieniędzy lub możliwości.

KROK ZA KROKIEM

Jeśli do tej pory byliśmy lwem kanapowym i do tego mamy nadwagę, to celem i spełnieniem marzeń może okazać się wyjście po schodach na czwarte piętro bez przystanku i bez zadyszki. Co wtedy? Warto zacząć metodą małych kroczków. Ściągnąć na smartphona aplikację liczącą nasze kroki. Jak się wypowiadają ortopedzi, dla odpowiedniego smarowania chrząstki stawowej i zdrowia musimy codziennie zrobić minimum 4 tysiące kroków. To minimum.

Jak chcemy schudnąć, to musi to już być co najmniej 10 tysięcy – jest to odpowiednik około półgodzinnego spaceru szybkim tempem. Uruchomienie aplikacji i pierwsze odczyty dla każdego są ostrym zderzeniem z rzeczywistością. Coś o ty wiem. Wieczorem jesteśmy tak zmęczeni jak po maratonie, a na odczycie marnych 1000 kroków. Jak to możliwe? Samochód, winda, parkowanie pod samymi drzwiami marketu. Nie możemy mieć dłużej wymówek, że jesteśmy zmęczeni fizycznie. Możemy mieć zakłócenia metaboliczne, które powodują u nas syndrom ciągłego przemęczenia. Może być one spowodowane długotrwałym stresem, złym odżywianiem, bezsennością, ale to zupełnie coś innego. Polecam sprawdzenie. To działa jak lodowaty prysznic.

CO DALEJ?

Zacząć działać. Jeśli nie mamy czasu, sił, pieniędzy lub odpowiedniego stanu zdrowia warto zacząć od aktywności ogólnorozwojowej  spacerowania. Poprawi nasze natlenienie i ogóle samopoczucie. Co jeszcze? Pozostawiać samochód pod domem. Mam świadomość, że nie zawsze jest to możliwe. Wydaje mi się, że brak czasu jest zawsze wymówką wytrychem, którą możemy dopasować do wszystkich okoliczności naszego życia. Często sama się nią zasłaniam, kiedy czegoś mi się nie chce, coś wymaga ode mnie systematyczności lub wysiłku. Jeśli ewidentnie nie mamy czasu to parkujmy samochód jak najdalej biura, sklepu, a czas który stracilibyśmy na upolowanie upragnionego miejsca pod wejściem głównym, przeznaczmy na króciutki spacer. Jazdę windą zamieńmy na wchodzenie i schodzenie po schodach. Nie szukajmy dróg na skróty. Zawsze bądźmy czujni i świadomi naszych wyborów. Zmiany zauważymy z czasem nie tylko w aplikacji, ale przede wszystkim w samopoczuciu.

SYSTEMATYCZNIE I KONSEKWENTNIE DO CELU

Jeśli to dla nas za mało warto włączyć pływanie, taniec, jogę, gimnastykę. Warto rozejrzeć się po okolicy, poszukać w internecie, popytać znajomych. Jeśli nie mamy doświadczenia lub nam coś dolega na początek najlepiej skorzystać z usług doświadczonego trenera, instruktora lub fizykoterapeuty. Pod ich okiem sprawdzić budowę i wyłapać wszelkie błędy w postawie naszego ciała. Skorygować asymetrię ciała, którą wypracowaliśmy sobie przez lata. Układ bioder, krzywizny w kręgosłupie, bóle kolan wszystko jest ze sobą ściśle powiązane. Warto o to zadbać, bo poprzez dobrze dobrane ćwiczenia szyte na naszą miarę, nie pogłębimy naszych dolegliwości i złych nawyków.

Nie jestem miłośniczką siłowni i klubów fitness, ale jeśli trafimy na kogoś fachowego, kto przed lustrem pokaże, co robimy źle i co powinniśmy poprawić to będzie to już połowa sukcesu. Druga to systematyczność i wytrwałość tak długo, aż wyrobimy w sobie nawyk. Działać i konsekwentnie wytrwać przy tym. Wybaczajmy sobie dni słabości, brak motywacji, lenistwo. Nie oswajajmy się jednak wówczas z myślą, że może nam się nie udać, bo przekujemy je w przekonanie: no tak jak zawsze jestem do bani, które znowu stanie się wymówką, aby nie robić nic. Musimy wyznaczyć sobie cel lub intencję dla jakiej ćwiczymy. W chwilach zwątpienia pomogą nam się podnieść z kanapy.

Miałam już napisać, że cel musi być na miarę możliwości, ale przypomniała mi się piękna historia Daniela Lewczuka, który przebiegł cztery pustynie na czterech kontynentach w ciągu jednego roku. Trzy lata wcześniej stwierdził po prostu, że jest za gruby i musi coś z tym zrobić, po tym jak zobaczył swoje ślady odbite na gorącym asfalcie. Była tu jednak decyzja, wytrwałość i cel. Trenował konsekwentnie przez rok, pod okiem instruktora. I osiągnął coś niesamowitego.

CO NAJLEPSZE?

Moim zdaniem przy naszym sztucznym, wyizolowanym trybie życia warto pomyśleć o wysiłku, który przyniesie nam coś więcej niż tylko tężyznę fizyczną. Jeśli mamy w pobliżu park, las – będzie to kontakt z przyrodą. Jeśli kochamy siatkówkę, piłkę nożną – kontakt z fajnymi ludźmi, który wykształci w nas umiejętność współpracy. Jeśli taniec – czas, który wzbogaci nas i nasz związek. Rower prędkość przemieszczania się po mieście i poczucie nieskrępowanej wolności. Joga – czas poszukiwania siebie. Zupełnie świadomie pominęłam bieganie, bo wymaga to dłuższego rozwinięcia w osobnym artykule. Jest ono łatwo dostępne i tanie. Można rzec, że dla każdego. Niestety przez nieświadomość popełnianych błędów, możemy sobie bardzo zaszkodzić. Lepiej pospacerować szybkim tempem.

TO CO NAS ROZWINIE

Cokolwiek wybierzecie i uznacie za właściwe dla siebie, niech niesie ze sobą dziecięcą radość i pogodę ducha. Nie ważne, że czasem zostanie okupione potem i bólem mięśni, dużo ważniejsze jest to, co nastąpi później. Samozadowolenie, samoakceptacja, duma i poczucie własnej wartości. Wszystko to możemy i powinniśmy pielęgnować w sobie. To jak zjedzenie tabliczki czekolady bez zbędnych kalorii. 

Dlatego chociaż nie osiągnęłam w sporcie spektakularnych sukcesów, otrzymałam za to coś dużo ważniejszego, co pomaga mi w codziennym życiu: znajomość własnego ciała, wytrwałość, wytrzymałość, pokorę, umiejętność radzenia sobie z porażkami, wybaczanie i zapominanie własnych błędów, umiejętność doceniania się, przekuwania porażki w zwycięstwo, wsłuchiwania się w siebie, zdrowej rywalizacji i szacunku dla innych. Dlatego chcę, by moja córeczka mogła wykształcić te cechy w sporcie. Równocześnie zadbam o jej zdrowe odżywianie i odpowiednią suplementację.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *